Miłość, która nie odwraca wzroku
Chciałbym opowiedzieć o Miłości, która nie pochodzi z tego świata. O Miłości, której nie da się zmierzyć ludzkimi miarami ani opisać słowami znanymi z codziennych doświadczeń. To Miłość, która nie przychodzi, by osądzać, ale by ratować. Nie wypomina błędów, nie liczy upadków, nie definiuje człowieka przez jego porażki. Gdy Ją spotykasz, twoje życie zaczyna nabierać sensu, a to, co było chaotyczne i puste, powoli odnajduje swoje miejsce. Ona nadaje wartość tam, gdzie świat widzi tylko słabość. Przykrywa rany, obmywa je cicho i odnawia serce od środka. Chciałbym zabrać cię w drogę do miejsca, gdzie ta niezwykła Miłość spotyka się z całą kruchością ludzkiego życia.
Sychar leżało w Samarii, pod palącym słońcem, które każdego dnia bezlitośnie przypominało o ciężarze istnienia. Miasto było pełne codziennych rytuałów, rozmów i spojrzeń potrafiących ranić bardziej niż słowa. Wśród tych ulic żyła kobieta, której imienia na razie nie znamy. Była jedną z wielu, a jednocześnie kimś, kogo wszyscy znali z opowieści szeptanych półgłosem. Nosiła w sobie historię, której nikt nie chciał wysłuchać, a którą każdy zamieniał w pretekst do pogardliwych spojrzeń i wytykania palcem.
Ewangelia Jana uchyla nam tylko fragment jej przeszłości — wystarczająco dużo, by zrozumieć, że jej życie było naznaczone relacjami, które zamiast przynieść bezpieczeństwo, zostawiły po sobie zmęczenie, wstyd i poczucie porażki. Nie znamy szczegółów ani kolejności wydarzeń, ale widzimy ciężar, który sprawił, że zaczęła wybierać samotność zamiast spojrzeń innych ludzi i ciszę południa zamiast poranków pełnych rozmów.
Kiedy czytam tę historię, często zatrzymuję się nad tym, jak bardzo jej doświadczenie jest nam bliskie. Bo to nie jest opowieść o jednej kobiecie sprzed dwóch tysięcy lat. To historia serca, które wielokrotnie próbowało znaleźć miłość, bezpieczeństwo i sens — i za każdym razem wracało z pustymi rękami. To droga człowieka, który chciał żyć, a nauczył się jedynie przetrwać.
Biblia nie opisuje szczegółów jej historii, ale pozwala nam zobaczyć ból, który niosła. Bycie odrzuconą w tamtej kulturze nie oznaczało tylko samotności. Oznaczało życie na marginesie, zależność od cudzych decyzji i świadomość, że jedno potknięcie zostaje zapamiętane na długo. Dlatego pozwalam sobie wejść w te obrazy nie po to, by dopowiadać Ewangelię, ale by spróbować zrozumieć ciężar, który mogło nieść jedno serce.
Zanim padło pierwsze słowo
Ten dzień zaczął się jak wiele innych — zbyt wcześnie i zbyt ciężko, jakby noc nie zdążyła jeszcze odejść, a już zostawiła po sobie zmęczenie. Leżała z otwartymi oczami, nieruchomo, pozwalając, by wspomnienia same odnajdywały drogę do jej myśli. Zawsze zaczynały w tym samym miejscu — od pierwszej miłości. Wracało jego spojrzenie, łagodne i pełne ciepła, uśmiech pojawiający się nawet wtedy, gdy świat wokół tracił kolory. Przypominała sobie dzień ślubu, radość tak intensywną, że wydawała się nierealna, i zapach jego skóry, świeży, jakby nosił w sobie lato i obietnicę lepszych dni. A potem przyszła choroba, cicha i bezlitosna, która zabrała go szybciej, niż była na to gotowa. Umarł w jej ramionach, a wraz z nim umarło w niej coś ważnego — coś, czego nigdy nie potrafiła już nazwać ani odzyskać.
Później był drugi mąż. Odszedł, zostawiając ją samą z oskarżeniami i wstydem, choć nie zawiniła. Jego odejście nauczyło ją, że nawet niewinność nie zawsze chroni przed bólem. Kolejny związek nie był wyborem serca, lecz próbą przetrwania — potrzebowała dachu nad głową, ciepła i jedzenia, a nie marzeń. W tym czasie pojawił się ktoś, kto obietnicą spokoju uśpił jej czujność. Uwierzyła w szeptane czułości, lecz to właśnie on zadał jej najgłębsze rany. Bezpieczeństwo, którego szukała, okazało się pułapką, a dom – miejscem, gdzie przemoc stała się codziennością, wpisując się w jej życie jak nieunikniony cień. Każdy dzień był walką o przetrwanie, aż do momentu, gdy poczuła, że jej dusza niemal zgasła pod ciężarem cierpienia.
Piąty mąż rozbudził w niej resztki nadziei, o których myślała, że dawno umarły. Przez krótką chwilę znów uwierzyła, że życie może potoczyć się inaczej, że nie wszystko zostało jej już odebrane. Lecz i ta historia zakończyła się nagle — nieszczęśliwym upadkiem, uderzeniem głowy o kamień i ciszą, która zapadła po nim na zawsze, ciężką i nieodwracalną. Teraz leżała obok mężczyzny, który nie był jej mężem. Wiedziała, że go nie kocha i że nie ma w tym żadnej głębi ani obietnicy. Było tylko pragnienie, by nie być sama, by choć na chwilę uciszyć lęk i pustkę. Gdy to zrozumiała, łzy same spłynęły po jej twarzy. Dotarło do niej, że jej serce jest już tak pełne ran i rozczarowań, iż nie ma w nim miejsca na miłość — pozostało jedynie zmęczenie i ciche wołanie, którego nikt dotąd nie zauważył.
Usłyszała głosy kobiet idących do studni. Znała ten dźwięk, bo kiedyś należała do tego poranka — do rozmów prowadzonych mimochodem i do śmiechu niesionego wraz z pierwszym światłem dnia. Teraz już nie. Wiedziała, że nie ma dla niej miejsca wśród nich, że jest tą, o której mówi się półgłosem i z której się drwi, gdy myśli, że nikt nie słyszy. Leżała jeszcze przez chwilę nieruchomo, słuchając, jak odgłosy poranka oddalają się od jej domu, aż w końcu zapadła cisza. Dopiero wtedy wstała. Czekała, aż słońce wspięło się wysoko i wypaliło ulice z ludzkiej obecności. Wiedziała, że to właśnie ten moment.
Wzięła dzban i ruszyła w drogę. Powietrze było gęste od gorąca, a świat zdawał się zastygły w bezruchu. Szła wolno, przystając co chwilę, bo upał odbierał jej siły, a każdy krok ciążył bardziej niż poprzedni. Gdy dotarła do studni, zobaczyła siedzącego tam mężczyznę. Od razu wiedziała, że jest Żydem. Znała ich dobrze — po strojach, po dystansie, po słowach, którymi potrafili ranić bez podnoszenia głosu. Poczuła narastający opór — to spotkanie było ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła w to palące południe. Postanowiła odciąć się od Jego obecności milczeniem i skupić wyłącznie na czerpaniu wody.
W pewnym momencie ich spojrzenia spotkały się na krótką, nieoczekiwaną chwilę. Jego wzrok nie niósł pogardy ani osądu, do których była przyzwyczajona. Był cichy i przenikliwy, jakby widział więcej, niż ona chciała pokazać światu i sobie samej.
„Daj mi pić” — powiedział spokojnie, bez nacisku i bez tonu wyższości.
"Opuścił Judeę i odszedł z powrotem do Galilei. A musiał przechodzić przez Samarię. Przybył więc do miasta samarytańskiego, zwanego Sychar, blisko pola, które Jakub dał swemu synowi Józefowi. A była tam studnia Jakuba. Jezus więc, zmęczony podróżą, usiadł sobie przy studni; było to około szóstej godziny. Wtem przyszła niewiasta samarytańska, aby nabrać wody. Jezus rzekł do niej: Daj mi pić! Uczniowie jego bowiem poszli do miasta, by nakupić żywności." (J 4:3-8)
W tym miejscu opowieść zmienia swój bieg. Nie jest już historią o kobiecie i studni, lecz początkiem spotkania, w którym Miłość po raz pierwszy przemawia do serca, które nauczyło się nie oczekiwać już niczego.
Droga, której się nie wybiera
Ewangelista Jan zapisze jedno krótkie zdanie, które łatwo przeoczyć, a które niesie w sobie ogromny ciężar znaczenia: „A musiał przechodzić przez Samarię” Dla współczesnego czytelnika brzmi to jak zwykła informacja geograficzna, lecz dla ludzi tamtych czasów było czymś znacznie więcej. Żydzi podróżujący z Judei do Galilei zazwyczaj unikali tej drogi. Woleli nadłożyć kilometrów, zejść w stronę doliny Jordanu, byle tylko nie przechodzić przez ziemię Samarytan. Nie chodziło o wygodę, ale o historię pełną ran, uprzedzeń i wzajemnej wrogości.
Samarytanie wywodzili się z ludów osiedlonych na tych terenach po podboju Królestwa Izraela przez Asyryjczyków. Ich wiara, choć oparta na Pięcioksięgu Mojżeszowym, różniła się od żydowskiej tradycji. Mieli inne miejsce kultu, inne zwyczaje, inne spojrzenie na własną tożsamość. Zarówno Żydzi, jak i Samarytanie uważali się za naród wybrany przez Boga, lecz te podobieństwa nie prowadziły do jedności, a raczej do pogłębiania konfliktu. Przez pokolenia narastała nieufność i pogarda. Dla Żydów Samarytanie byli religijnymi odstępcami, dla Samarytan — Żydzi bezlitosnymi strażnikami czystości, którzy nie potrafili zobaczyć człowieka poza doktryną. Droga przez Samarię była więc drogą niewygodną, napiętą i niebezpieczną.
Wyobrażam sobie moment, gdy Jezus wraz z uczniami dochodzi do rozwidlenia dróg. Jedna z nich prowadzi przez Samarię — krótsza, lecz pełna napięć. Druga skręca w stronę doliny Jordanu — bezpieczna, sprawdzona, wybierana przez większość. Uczniowie zapewne nie mieli wątpliwości, którą trasę należałoby obrać. Tak było rozsądniej. Tak robili wszyscy. A jednak Jezus wybiera inaczej. Nie dlatego, że nie znał konsekwencji. Nie dlatego, że nie rozumiał historii tego miejsca. „Musiał przechodzić przez Samarię” — nie z przymusu drogi, lecz z posłuszeństwa miłości. Tam, gdzie inni widzieli problem, On widział ludzi. Tam, gdzie inni widzieli teren wrogi, On widział serca, które czekały na spotkanie. Próbuję wymalować sobie w myślach Jego oczy, pełne cichej ekscytacji tym, co miało się niebawem wydarzyć.
Jezus od początku swojej służby kierował kroki ku tym, których omijano. Gdyby przyszedł dziś, zapewne również najpierw odnalazłby wyrzutków społecznych, grzeszników, ludzi zagubionych, pozbawionych sensu i poczucia wartości. Tak było wtedy i tak jest zawsze. Gdy powołał Mateusza, celnika, człowieka powszechnie pogardzanego, nie tylko zaprosił go, by poszedł za Nim, lecz także usiadł z nim przy jednym stole. Ewangelia Marka opisuje tę scenę słowami: "A kiedy potem siedział przy stole w domu jego, siedziało z Jezusem i jego uczniami wielu celników i grzeszników, bo wielu ich było, którzy chodzili za nim. A gdy uczeni w Piśmie spośród faryzeuszów widzieli, że je z grzesznikami i celnikami, rzekli do uczniów jego: Czemu je z celnikami i grzesznikami?" (Mk 2:15-16). Odpowiedź Jezusa była prosta i bezpośrednia: "A Jezus, usłyszawszy to, rzekł im: Nie potrzebują zdrowi lekarza, lecz ci, co się źle mają; nie przyszedłem wzywać do upamiętania sprawiedliwych, lecz grzeszników." (Mk 2:17).
Miłość Boża zawsze kieruje się ku tym, którzy się pogubili, którzy zostali pozbawieni sensu i wartości — często przez innych, a czasem przez samych siebie. Słyszałem wiele świadectw ludzi, którzy zostali przekreśleni przez rodzinę, znajomych i świat. Opowiadali o momentach, w których nie widzieli już żadnej szansy na zmianę, żadnej drogi wyjścia. I właśnie wtedy pojawiał się Jezus — nie po to, by potwierdzić ich winę, lecz by ożywić to, co w ludzkich oczach dawno już umarło. Jak sam powiedział: "Przyszedł bowiem Syn Człowieczy, aby szukać i zbawić to, co zginęło." (Łk 19:10).
Dlatego musiał iść przez Samarię. Nie dlatego, że było to najkrótsze przejście, lecz dlatego, że była to droga miłości, która nie wybiera bezpiecznych ścieżek, ale prowadzi tam, gdzie ktoś czeka — nawet jeśli sam już w to nie wierzy.
Daj mi pić
"Wtem przyszła niewiasta samarytańska, aby nabrać wody. Jezus rzekł do niej: Daj mi pić! Uczniowie jego bowiem poszli do miasta, by nakupić żywności. Wtedy niewiasta samarytańska rzekła do niego: Jakże Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, o wodę? (Żydzi bowiem nie obcują z Samarytanami). Odpowiadając jej Jezus, rzekł do niej: Gdybyś znała dar Boży i tego, który mówi do ciebie: Daj mi pić, wtedy sama prosiłabyś go, i dałby ci wody żywej. Mówi do niego: Panie, nie masz nawet czerpaka, a studnia jest głęboka; skądże więc masz tę wodę żywą? Czy może Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię i sam z niej pił, i synowie jego, i trzody jego? Odpowiedział jej Jezus, mówiąc: Każdy, kto pije tę wodę, znowu pragnąć będzie; Ale kto napije się wody, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku żywotowi wiecznemu. Rzecze do niego niewiasta: Panie, daj mi tej wody, abym nie pragnęła i tu nie przychodziła, by czerpać wodę." (J 4:7-15)
Przyszła kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Cisza południa była niemal namacalna, a powietrze drżało od gorąca. Jezus siedział przy studni, zmęczony drogą, jak ktoś, kto dotarł dokładnie tam, gdzie miał dotrzeć. Uczniowie poszli do miasta po jedzenie, a On został sam — nie z braku towarzystwa, lecz dlatego, że to spotkanie miało się wydarzyć bez świadków. Gdy kobieta podeszła bliżej, Jezus odezwał się spokojnie, niemal zwyczajnie: „Daj mi pić”.
Dla niej te słowa nie były zwyczajną prośbą. Zatrzymała się i spojrzała na Niego uważniej. Rozejrzała się dookoła — nikogo nie było. Spojrzała na Niego ponownie i zrozumiała, że jest Żydem. W jej myślach pojawił się niepokój. Co on tu robi? Czy ona jest bezpieczna? Czy zaraz usłyszy kolejne słowa, które ją poniżą i przypomną jej miejsce? Stała zmieszana, rozdarta między ciekawością a lękiem. Gdy ich spojrzenia spotkały się na chwilę, szybko spuściła wzrok i wróciła do swojego zadania, jakby chciała zniknąć. Jezus, wyczuwając jej dyskomfort, ponowił prośbę.
„Jakże Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, o wodę?” — zapytała w końcu. Wiedziała, że takie rozmowy się nie zdarzają. Wiedziała, że Żydzi nie obcują z Samarytanami. A jednak On stał przed nią — tam, gdzie nikt wcześniej nie chciał stanąć.
Jezus odpowiedział jej słowami, które brzmiały jak zaproszenie do czegoś znacznie głębszego. Powiedział, że gdyby znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, który mówi do niej: „Daj mi pić”, to ona prosiłaby Jego, a On dałby jej wody żywej. Kobieta spojrzała na studnię — głęboką, starą, znaną jej od lat — a potem na Niego. „Panie, nie masz czym naczerpać, a studnia jest głęboka” — odpowiedziała. W jej głosie była szczerość i prostota. Pytała, skąd mógłby mieć tę wodę. Pytała, czy jest większy niż Jakub, który dał im tę studnię i sam z niej pił.
Nie rozumiała jeszcze, że rozmawia z Tym, który nie tylko daje wodę, ale jest jej źródłem. Z Tym, który zaspokaja wszelkie pragnienia. Z Tym, który był skałą na pustyni, z której wypływała woda dla spragnionego ludu. Jezus powiedział jej, że każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął, ale ten, kto napije się wody, którą On daje, nigdy już nie będzie pragnął. Ta woda stanie się w nim źródłem, wytryskującym ku życiu wiecznemu.
Mówił nie o pragnieniu gardła, lecz o pragnieniu serca. Nie o studni z kamienia, ale o studni ukrytej głęboko w duszy. Mówił o życiu, które nie musi już krążyć od tęsknoty do tęsknoty, od rozczarowania do rozczarowania.
Kobieta nie rozumiała jeszcze wszystkiego, ale coś w tych słowach poruszyło ją głęboko. Pojawiła się w niej myśl, że może nie musi już wracać tu każdego dnia, że może jej ciężar mógłby się skończyć. „Panie, daj mi tej wody” — powiedziała — „abym nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać”.
Nie wiedziała jeszcze, że Jezus, prosząc ją o wodę, tak naprawdę prosił o coś więcej. „Daj mi swoje życie. Oddaj mi swoje serce. Oddaj mi siebie.” Jej intuicja była słuszna — chodziło o coś głębszego niż woda. Ale to zrozumienie miało dopiero przyjść.
Światło, które nie osądza
"Mówi jej: Idź, zawołaj męża swego i wróć tutaj! Odpowiedziała niewiasta, mówiąc: Nie mam męża. Jezus rzekł do niej: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego teraz masz, nie jest twoim mężem; prawdę powiedziałaś." (J 4:16-18)
Po tych słowach zapadła cisza. Nie była to cisza oskarżenia, lecz cisza, w której nie da się już uciec. Jezus nie zadał tego pytania, by ją zawstydzić ani zranić. Nie było w Nim tonu wyższości ani moralnej przewagi. Była tylko miłość, która prowadzi człowieka dokładnie tam, gdzie trzeba stanąć w prawdzie. Pytanie o męża nie było ciosem — było kluczem. Kluczem do jej serca, do historii, do życia, które przez lata próbowało przetrwać, a nie żyć.
Jezus wiedział, że nie można uzdrowić tego, czego się nie nazwie. Wiedział, że prawdziwa przemiana zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje udawać. Aby mógł napić się jej wody, Samarytanka musiała zejść głęboko — do studni własnego życia. Do miejsca, gdzie kryły się wstyd, rozczarowania i decyzje, których nie była dumna. Mogła skłamać. Mogła coś przemilczeć. Mogła spróbować się ochronić. A jednak wybrała prawdę. „Nie mam męża” — powiedziała krótko, bez tłumaczeń i bez obrony.
Dlaczego to zrobiła? Bo stojąc naprzeciwko Tego, który jest prawdą, nie da się już budować zasłon. Jego światło nie oślepia — ono odsłania. Nie po to, by potępić, ale by uleczyć. Jezus nie wydobył jej historii na wierzch, by ją upokorzyć. Wydobył ją, bo tylko to, co ujawnione, może zostać uzdrowione. Tylko to, co nazwane, może zostać przemienione.
Każdy, kto naprawdę spotkał się z Jezusem, zna ten moment. Moment, w którym przestajemy opowiadać Bogu, kim chcielibyśmy być, a zaczynamy widzieć, kim naprawdę jesteśmy. Moment, w którym odkrywamy własną słabość, grzech i głęboką potrzebę łaski. Nie jest to chwila wygodna, ale jest konieczna. Jezus znał życie Samarytanki — tak samo, jak zna nasze. Nie możemy nic przed Nim ukryć. I nie musimy. On pragnie szczerości, bo tylko w prawdzie rodzi się wolność.
Uzdrowienie zaczyna się tam, gdzie człowiek przestaje uciekać przed prawdą o sobie. Samarytanka przyznała się do swojej sytuacji i w tym jednym, prostym zdaniu otworzyła drzwi do czegoś znacznie większego niż rozmowa przy studni. Jezus nie przyszedł, by ją osądzić. Przyszedł, by ją podnieść. Nie mówił do niej jak sędzia, lecz jak lekarz, który zna ranę, zanim ją dotknie — z cierpliwością, cicho i z pragnieniem, by życie mogło znów popłynąć.
Nie miejsce, lecz serce
"Rzekła mu niewiasta: Panie, widzę, żeś prorok. Ojcowie nasi na tej górze oddawali Bogu cześć; wy zaś mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy Bogu cześć oddawać. Rzekł jej Jezus: Niewiasto, wierz mi, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie oddawali czci Ojcu. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, bo zbawienie pochodzi od Żydów. Lecz nadchodzi godzina i teraz jest, kiedy prawdziwi czciciele będą oddawali Ojcu cześć w duchu i w prawdzie; bo i Ojciec takich szuka, którzy by mu tak cześć oddawali. Bóg jest duchem, a ci, którzy mu cześć oddają, winni mu ją oddawać w duchu i w prawdzie." (J 4:19-24)
Kobieta zrozumiała, że nie rozmawia już ze zwykłym człowiekiem. To nie był tylko ktoś, kto znał jej historię i potrafił nazwać jej ból. To był Ktoś, kto znał ją do końca — i mimo to nie odwrócił wzroku. W Jego słowach nie było potępienia ani chłodnej oceny. Było zrozumienie, była czułość i zaproszenie do życia, którego jeszcze nie potrafiła sobie wyobrazić — życia wolnego od ciężaru przeszłych ran. To właśnie otworzyło w niej przestrzeń na pytanie, które nosiła w sobie od dawna.
„Panie, widzę, żeś prorok.” — powiedziała, a potem wypowiedziała wątpliwość, która nie dotyczyła już tylko jej historii, ale samego Boga. Gdzie On właściwie jest? Jej lud wskazywał górę. Lud Jezusa mówił o Jerozolimie. A ona stała pomiędzy, z sercem pełnym pragnienia i umysłem rozdwojonym przez sprzeczne głosy. To pytanie obnażyło pustkę, której nie potrafiła już zagłuszyć ani relacjami, ani wysiłkiem. Nie pytała z ciekawości. Pytała, bo chciała znaleźć.
I było w tym pytaniu coś niezwykłego. Stała przed Nim kobieta odrzucona, naznaczona historią, o której inni mówili szeptem albo z pogardą. Kobieta z Samarii, z miasta, którego unikano, z życia, które uznano by za duchowo przegrane. A jednak to właśnie ona nosiła w sobie prawdziwe pragnienie Boga. Nie znała właściwych słów ani poprawnych form. Nie miała czystej karty ani religijnej reputacji. Miała tylko serce, które po latach błądzenia wciąż nie przestało szukać.
Na chwilę zapadła cisza. Nie była to cisza niezręczna, lecz taka, w której ważą się rzeczy najważniejsze. Jezus nie odpowiedział pośpiesznie. Przed Nim stało serce poranione, ale wciąż głodne Boga. Serce, które nie znało właściwych słów ani poprawnych form, ale było gotowe na prawdę. I właśnie do takiego serca skierował swoją odpowiedź.
Jezus ogłosił jej przełom: nadchodzi godzina, w której świątynia z kamienia ustępuje miejsca świątyni serca. Bóg nie szuka geograficznej precyzji, lecz autentyczności. Nie wskazuje już jednego wzgórza ani jednego miasta, lecz szuka ludzi, którzy odważą się stanąć przed Nim bez żadnych masek — w duchu i w prawdzie, w nagiej prawdzie o sobie. Bo Ojciec takich szuka, którzy by Mu tak cześć oddawali.
Te słowa nie były teorią ani religijną korektą. Były zaproszeniem. Jezus nie mówił jej, gdzie ma iść, lecz kim ma się stać. Nie wskazywał miejsca spotkania z Bogiem — wskazywał drogę serca. Uwielbienie przestało być dla niej kwestią geografii, a stało się relacją. Czymś, co nie zaczyna się na górze ani w świątyni, lecz w prawdzie o sobie i w gotowości, by pozwolić Bogu być Bogiem.
I być może po raz pierwszy w życiu zrozumiała, że Bóg nie jest daleko. Że nie trzeba Go szukać w bezpiecznych formach ani w cudzych definicjach. Że Ojciec jest bliżej, niż przypuszczała — obecny tam, gdzie człowiek staje przed Nim taki, jaki jest. Bez udawania. Bez ucieczki. Z sercem, które w końcu przestało się chować.
Te słowa Jezusa nie zamknęły rozmowy — one ją pogłębiły. Kobieta nie otrzymała gotowej odpowiedzi, która rozwiązałaby wszystkie jej pytania. Otrzymała coś więcej: przestrzeń. Przestrzeń, w której po raz pierwszy mogła wypowiedzieć swoją najgłębszą nadzieję. Nie mówiła już o górach ani o miastach. Mówiła o Tym, na którego czekała. „Wiem, że przyjdzie Mesjasz” — powiedziała cicho — „gdy On przyjdzie, wszystko nam oznajmi.”. To nie było wyznanie wiedzy, lecz pragnienia. Pragnienia, że kiedyś ktoś przyjdzie i uporządkuje chaos, nazwie prawdę i da sens temu, co dotąd było poplątane.
I wtedy Jezus zrobił coś, czego nikt by się nie spodziewał. Nie mówił zagadkami. Nie odsyłał jej do przyszłości. Nie kazał czekać. Spojrzał na nią i powiedział...
"Rzekła mu niewiasta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz (to znaczy Chrystus); gdy On przyjdzie, wszystko nam oznajmi. Rzekł jej Jezus: Ja, który mówię z tobą, jestem nim. W tej właśnie chwili przyszli jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z niewiastą. Nikt jednak nie rzekł: O co pytasz? Albo: O czym z nią rozmawiasz? Niewiasta tymczasem pozostawiła swój dzban, pobiegła do miasta i powiedziała ludziom: Chodźcie, zobaczcie człowieka, który powiedział mi wszystko, co uczyniłam; czy to nie jest Chrystus? Wyszli więc z miasta i przyszli do niego." (J 4:25-30)
Zostawiony dzban
Spośród wszystkich osób, które mogłyby zostać wybrane, by usłyszeć tajemnicę wieków, Jezus wybrał właśnie ją. Wyrzutka wśród wyrzutków. Kobietę z odrzuconego regionu, z życia, które inni uznaliby za duchowo przegrane i nieistotne. Nie poszedł do Heroda. Nie szukał audiencji w Sanhedrynie. Nie objawił swojej tożsamości na rzymskim forum. Wybrał samotność studni, zapomnianą krainę i kobietę, która przyszła tylko po wodę. A jednak to jej powiedział: „Ja, który mówię z tobą, jestem nim.”.
I właśnie w tej chwili rozumiemy, dlaczego nie znamy jej imienia. Ta historia nie została zapisana po to, byśmy zapamiętali ją. Została zapisana po to, byśmy odnaleźli siebie. W Biblii anonimowość nie odbiera znaczenia — ona je poszerza. Ta kobieta nie ma imienia, bo jej imię może nosić każdy z nas. Ty. Ja. Każdy, kto przychodzi do studni z pustym sercem i nie do końca wie, czego naprawdę szuka.
Spróbuj zobaczyć tę chwilę. Jej oczy, szeroko otwarte ze zdumienia. Głos, który na moment się łamie, jakby nie nadążał za tym, co właśnie się wydarzyło. Świadomość, że Bóg nie tylko istnieje — ale że stoi przed nią. Że zna wszystko. Każdy fragment historii. Każdy upadek. Każde rozczarowanie. I mimo to nie odchodzi. Nie cofa się. Nie potępia. Jest.
A potem dzieje się coś niezwykle ważnego — coś, co łatwo przeoczyć. Ona zostawia swój dzban. Ten sam, z którym przyszła. Ten, który był powodem jej drogi. Zostawia ciężar, który dźwigała każdego dnia. Ten dzban nie był tylko naczyniem na wodę — był ciężarem życia, które wciąż próbowało ugasić pragnienie w miejscach, gdzie nigdy nie było źródła. Wstyd, wysiłek, rutynę niekończącego się czerpania. Nie dlatego, że dzban przestał być potrzebny, ale dlatego, że znalazła źródło. I biegnie. Do miasta, którego się wstydziła. Do ludzi, przed którymi uciekała. Teraz nie niesie już wstydu — niesie wieść. „Powiedział mi wszystko, co zrobiłam… i mimo to mnie kocha. Czy to nie jest Chrystus?”
Uczniowie proponują Jezusowi jedzenie, ale On odmawia. Jest zbyt poruszony. Zbyt skupiony na tym, co właśnie się wydarzyło. Wskazuje na kobietę biegnącą przez pola i mówi o żniwie. O życiu, które właśnie zmieniło kierunek. O sercu, które znalazło dom.
I tu historia delikatnie odwraca się w naszą stronę. Bo Samarytanka znalazła źródło i zostawiła dzban. A my? Ilu z nas zna Jezusa, a mimo to wciąż codziennie chodzi po wodę? Ilu z nas wraca do studni dawnych pragnień, starych sposobów zaspokajania pustki, znanych schematów, które tylko na chwilę gaszą pragnienie? Czy naprawdę pijemy z Jego źródła — czy tylko wiemy, gdzie ono jest?
Ta historia nie kończy się przy studni w Samarii. Trwa tam, gdzie człowiek odważa się zostawić swój dzban. I może dziś to miejsce nosi twoje imię.
Co jest twoim dzbanem, którego boisz się dziś zostawić?
Szymon Marszałek
Dodaj komentarz
Komentarze